środa, 9 kwietnia 2014

Powrót do pełnosprawności (część pierwsza)



    Obecnie poruszam się na wózku, ale są duże szanse, że jeszcze w tym roku, będę chodzić samodzielnie. Na razie chodzę z pomocą mojego męża, taty lub mojego rehabilitanta. To jest i tak ogromny skok, w porównaniu z tym, co było zaraz po wylewie i z każdym dniem jest coraz lepiej.
     Mój obecny stan zawdzięczam wielu osobom, których nie wymienię tu wszystkich, bo jest ich zbyt wiele, ale przynajmniej część.
      Po pierwsze rehabilitantki ze szpitala w Rzeszowie, między innymi Blanka, Magda i Ewelina. Naprawdę wiele im zawdzięczam i jeśli one tego nie wiedzą, to im to powiem: dziękuję!!! Posiadają nie tylko dużą wiedzę rehabilitacyjną, ale miałam też z nimi świetny kontakt.
     Dziękuję też rehabilitantce Magdzie, która ćwiczyła ze mną zaraz po wybudzeniu. Nie pamiętam tych ćwiczeń, ale naprawdę wiele dały.
      Jeśli już mowa o rehabilitantach, to nie mogę zapomnieć o moim rehabilitancie Grześku, z którym ćwiczę najdłużej i jestem bardzo zadowolona z tej współpracy. Naprawdę, bardzo wiele mu zawdzięczam.
     Nie mogę zapomnieć o trzech rehabilitantach ze Skołyszyna. Najpierw, kiedy nie mogłam sama dojeżdżać, przyjeżdżali do mnie do domu na rehabilitację środowiskową. Teraz, kiedy już mogę sama dojeżdżać, jeżdżę do nich, do gabinetu w Skołyszynie.
     Jestem też wdzięczna mojemu mężowi oraz moim rodzicom. Są dla mimie podporą w walce z przeciwnościami losu. Zresztą, oni to wiedzą, a jeśli nie, to chyba się domyślają.
     Pragnę podziękować też mojej babci, która przychodzi do mnie, gdy każdy z domowników jest w pracy. Naprawdę nie wiem co, by było gdyby nie ona.
     Mój obecny stan zawdzięczam też sobie. Nie chcę, żeby ktoś sobie pomyślał, że się wywyższam, ale taka jest prawda. Nic, by nie dała pomoc tych wszystkich ludzi, gdybym sama w to nie wierzyła. Nic, by nie dało ich poświęcenie, gdyby nie moja ciężka praca, mój upór i zaangażowanie.
 Polecam ten filmik. Świetna piosenka i bardzo dobry teledysk.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Spacer



     Wczoraj wybraliśmy się na spacer. Pogoda była tak piękna, że szkoda, by było zmarnować tak ładną niedzielę.
     Najpierw pojechaliśmy na drogę prowadzącą z Harklowej do Osobnicy, tak zwany „wygon”. Oczywiście zabraliśmy naszego psa Kluska. Chcieliśmy przetestować na nim nową smycz, którą mu kupiliśmy, zakładaną przez przednie łapy na tułów.
     Chyba zapomniał, jak się jeździ autem, bo strasznie piszczał i nie mógł usiedzieć na miejscu. Kiedy był mały to uwielbiał jeździć samochodem, był z nami nawet w Pieninach. No ale dawno nie jeździł autem, więc może się odzwyczaił.
     Tam chodziło mi się nawet dobrze, chodziłam z mężem, po asfalcie, więc było równo. Jest tylko jedno ale, było mi bardzo ciepło.
     Po spacerze na drodze wróciliśmy do domu i poszliśmy nazrywać pierwszych wiosennych kwiatków.
    Zabraliśmy też Kluska i mogliśmy go spuścić ze smyczy, bo mieszkamy kawałek od drogi głównej i raczej, by nie uciekł.
     Nazbierałam bukiecik pierwszych wiosennych kwiatków.
     Po powrocie do domu byłam bardzo zmęczona, ale usatysfakcjonowana, bo przeszłam całkiem niezły dystans.


sobota, 5 kwietnia 2014

Pobyt w sanatorium (część trzecia)



     Pogoda tym razem trafiła nam się w miarę dobra. Pierwszego tygodnia nie dało się wyjść na zewnątrz. Było mgliście i czasem padało. Za to w drugim tygodniu było przepięknie. Jednego dnia było tak ciepło, że siedziałam na dworze z krótkim rękawem, a i tak trzeba było wrócić do pokoju, bo było za gorąco. W pierwszym tygodniu przyjazdu męża było ciepło, ale wietrznie, w związku z czym nie mogłam wyjść na zewnątrz, bo z powodu wiatru, bolało mnie oko. W ostatnim tygodniu  mojego pobytu, może i nie było zbyt ciepło, ale przynajmniej nie wiało, zatem mogłam wyjść na miasto.
     Z mężem mogłam więcej pochodzić. Schodziłam z drugiego piętra na dół lub wychodziłam po schodach na górę.
     Kilka dni przed wyjazdem miałam już dość tego pobytu. Byłam potwornie zmęczona. To na pewno też dlatego, że ćwiczenia były od poniedziałku do soboty, w związku z czym tylko niedziela była wolna i nie było ćwiczeń, to zdecydowanie za mało. Nawet w szpitalu rzeszowskim, sobota była wolna, były tylko delikatne ćwiczenia, czyli chodzenie, a w sanatorium nie.
     I to wczesne wstawanie. Co drugi dzień o 7.00 w najlepszym wypadku, bo o 8.00 było śniadanie, a co drugi dzień o 6.00, bo przed 7.00 już miałam zabieg.
     Jeśli chodzi o jedzenie, to było ono bardzo przeciętne. Powiem tak: było zjadliwe, ale szału nie było.
     Posiłki były zdecydowanie za wcześnie. Kolacja była, np. o 17.00, więc ja o 20.00 już byłam głodna.
     Po jakimś czasie będę mogła ocenić, czy ta rehabilitacja była owocna, bo to tak nie działa, że od razu są efekty. Ale wydaje mi się, że rehabilitacja w szpitalu rzeszowskim była bardziej skuteczna. W Rzeszowie rehabilitant ćwiczył ze mną całą godzinę i czas poświęcał tylko mi, a w sanatorium raz, na początku pokazali mi ćwiczenia i już sobie miałam sama ćwiczyć. Tak, że zobaczymy jaki będzie efekt.


Mój pokój

czwartek, 3 kwietnia 2014

Pobyt w sanatorium (część druga)



   
 W sanatorium dostałam następujące zabiegi: ćwiczenia na koordynację i równowagę, ćwiczenia chodu, masaż klasyczny, hydromasaż, kąpiele częściowe w solance, wirówka.
     Ćwiczenia na koordynację i na równowagę polegały na tym, że wykonywało się ćwiczenia przy drabinkach. Najpierw wykonywałam ćwiczenia na piłce, trzymając się drabinek, potem robiłam ćwiczenia stojąc przy drabinkach, a na końcu wykonywałam ćwiczenia, trzymając się drabinek, stojąc na  małym podeściku. Na początku bolały mnie mięśnie, bo te ćwiczenia były nowością, ale po paru dniach ćwiczeń, ból przeszedł.  Z czasem wykonywałam te ćwiczenia znacznie szybciej, niż na początku, kiedy to zaczynałam je wykonywać.
     Ćwiczenia chodu polegały na tym, że po prostu chodziłam. Chodziłam w poręczach, a później jeszcze z mamą z balkonikiem, a jak mąż przyjechał, chodziłam z nim i bez balkonika, on mnie po prostu przytrzymywał z tyłu. Z nim, w ten sposób i z moim rehabilitantem chodzi mi się najlepiej.
     Ćwiczyłam też na tak zwanej stopce, która polega na tym, że kładzie się na niej stopy i porusza się nimi, jak przy chodzeniu, dodatkowo z obciążeniem.
     Kiedy zrobiłam wszystkie ćwiczenia, ćwiczyłam precyzję przy specjalnym stoliczku, gdzie znajdują się przyrządy właśnie do ćwiczenia precyzji.
     Masaż klasyczny to zwyczajny masaż. Miałam masowane nogi i trwało to około 10 minut. Później masowano mi plecy, gdyż cały dzień siedzę, gdy chodzę w poręczach i z balkonikiem oraz ćwiczę przy drabinkach, to głównie ręce są obciążone. Masaż miał być robiony w celu rozluźnienia, bo moje mięśnie były bardzo spięte.
     Hydromasaż zaś polega na tym, że zanurza się w specjalnej wannie, a z przodu, z tyłu i z boków są otwory, które z dużym ciśnieniem wypychają wodę i właśnie tak masują. Trwa to 15 minut.
     Ostatniego dnia pobytu miałam mieć hydromasaż przed 7.00. Byłam pierwszą pacjentką, więc nikogo wcześniej nie było w pomieszczeniu, gdzie był hydromasaż. Okazało się, że przez całą noc było tam okno otwarte i panował tam okropny ziąb, a do wanny z hydromasażem trzeba wejść w samym stroju kąpielowym.
      Chciałam ten zabieg zrobić później, ale kazano mi zgłosić się do pomieszczenia obok, gdzie robiony jest masaż podwodny. Miałam zrobiony taki masaż i muszę przyznać, że masaż podwodny jest dużo lepszy niż hydromasaż.

     Masaż podwodny polega na tym, że zanurza się w wannie, w której się kładzie i wystaje tylko głowa. Dysze wypychają wodę pod ciśnieniem i w ten sposób masują. Masowane są nogi na całej długości, całe plecy i boki ciała od stóp do szyi.

     Kąpiele częściowe w solance polegają na tym, że moczyłam nogi w wodzie z solą. W zeszłym roku miałam ten zabieg, ale na nogi i na ręce, zaś w tym roku, były tylko na nogi. Trwało to 15 minut, a po tym zabiegu, nie mogłam  przynajmniej przez godzinę, przyjmować żadnych zabiegów związanych z wodą, gdyż sól, by się wypłukała i zabieg nie byłby skuteczny.
     I wreszcie wirówka polegała na tym, że nogi wkładało się do wody, a w tym pojemniku z wodą, były otwory, które wypychały wodę z dużym ciśnieniem i w ten sposób woda wirowała.
     Chciałam wykupić zabieg, który nazywał się gimnastyka w basenie. Nie wykupiłam go jednak. Nie mogłam z niego skorzystać, gdyż nie było tam osoby, która pomogłaby mi wejść do basenu, a mama nie poradziłaby sobie, a mąż może poradziłby sobie, ale lekarz odradził nam ten zabieg, gdyż teraz jest pora przeziębień, a basen jest w innym budynku. Co prawda przy wejściu do basenu, są schodki i poręcze, ale jest tam dość głęboko, gdyż woda sięgałaby mi do ramion, dlatego wolałam nie ryzykować.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Pobyt w sanatorium (część pierwsza)



     Od 3-go do 31 marca byłam w sanatorium w Iwoniczu Zdroju, w szpitalu uzdrowiskowym Excelsior. Akurat udało mi się, że pojechałam w marcu, a nie, tak jak rok temu w styczniu. Wtedy śnieg był taki, że cały miesiąc spędziłam w budynku, gdyż nie dało się wyjść. Dodatkowo Excelsior leży na pokaźnych rozmiarów górze, więc zjechanie stamtąd i wyjechanie z powrotem wózkiem, byłoby nie do końca możliwe.
     Właściwie to jest drugi termin, na który przyznano mi pobyt w sanatorium. Pierwszy miałam na koniec września i październik ubiegłego roku, jednak w tym samym czasie miałam jechać do szpitala w Rzeszowie na oddział rehabilitacyjny. Wybrałam Rzeszów i nie żałuję tej decyzji, bo ten pobyt naprawdę wiele mi dał. Po sanatorium też jest lepiej, ale nie tak jak po szpitalu. Mimo, że w szpitalu trzeba być samemu, to naprawdę warto.
     Byłam w sanatorium z opiekunem, gdyż jeszcze nie jestem na tyle sprawna, żeby poradzić sobie samej na takim wyjeździe.
     Mama była ze mną przez pierwsze 2 tygodnie, a potem przyjechał mój mąż – Paweł.
     Mieliśmy pokój 3-osobowy, mimo, że w pokoju były dwie osoby. Wynikało to z tego, że kiedy byłam z mamą i były dwie kobiety, to ewentualnie mogłaby dojść do nas trzecia pani, ale kiedy byłam z mężem, taka opcja nie wchodziła w grę. A wynikało to z tego, że nie było już wolnych pokoi 2-osobowych.   
       Pokój był większy, niż ubiegłym razem i łazienka również.
     Budynek jest podzielony na piętra i na każdym piętrze, znajdują się osoby z przypadłościami, które pasują do odpowiedniego piętra. W zeszłym roku, byłam na piętrze numer 1, gdzie umiejscowieni są pacjenci z przypadłościami neurologicznymi. W zeszłym roku byłam na właściwym piętrze, ale w tym roku, z powodu braku wolnych pokoi, trafiłam na ortopedię.
   
Ciąg dalszy nastąpi...
Excelsior